Zagadkowe zniknięcie eskimosów z wioski znad Anjikuni

rodzina-inuitow

Rodzina eskimoskich Inuitów

10 stycznia 1930 roku – traper Joe Labelle odkrył zniknięcie mieszkańców eskimoskiej osady u brzegu jeziora Anjikuni w Kanadzie. Próbowano odszukać zaginionych, ale bez skutku. Sprawa ta po dziś dzień pozostaje niewyjaśniona.

Wypełnione łososiami i szczupakami ujście rzeki znane jako jezioro Anjikuni (Angikuni), jest położone wzdłuż rzeki Kazan, w rejonie Nunavut – Kivalliq, w Kanadzie. Odludzie to wypełnione jest różnego typu dziwnymi opowieściami o duchach lasu – bestiach zwanych Wendigo. Nie ma jednak bardziej intrygującej historii, niż przerażająca i kontrowersyjna zagadka zniknięcia mieszkańców wioski, którzy żyli na tym skalistym wybrzeżu lodowatych wód Anjikuni.

Pewnego arktycznego wieczoru, 10 stycznia 1930 roku (według innych źródeł miał to by listopad, gdyż relacje prasową pochodzą z końca listopada), kanadyjski łowca, Joe Labelle szukał schronienia przed przejmującym zimnem, w nadziei znalezienia ciepłego miejsca, w którym mógłby spędzić noc. Zaszedł do eskimoskiej wioski położonej nad jeziorem Anjikuni. Już wcześniej odwiedzał tę miejscowość i wiedział, że jest to tętniące życiem miejsce zapełnione namiotami, chatkami z drewna i przyjaznymi mieszkańcami.

Jednak gdy zawołał na głos by powitać tutejszych, jedynym dźwiękiem zwrotnym było echo jego własnego głosu i odgłos trzaskania zmrożonego śniegu pod jego butami. Labelle zesztywniał. Posiadał instynkt, dzięki któremu wyczuł, że stało się w tym miejscu coś poważnego. W blasku Księżyca ujrzał sylwetki zdezelowanych struktur, jednak nie widział krzątających się ludzi, ani szczekających śnieżnych psów, ani jakichkolwiek śladów życia. Nawet w chatkach, oczekiwane odgłosy rozmów i głośnych śmiechów, zamienione zostały na śmiertelną ciszę.

Labelle dostrzegł również, że z żadnego z kominów na szczycie chatek nie wydobywa się dym. Zorientował się o tym, gdy zobaczył w oddali trzaskający ogień. Starając się za wszelką cenę zachować spokój, przyspieszył kroku i ruszył w kierunku jarzącego się, lecz przygasającego już w oddali płomienia, w nadziei znalezienia jakiegoś śladu człowieka. Na miejscu nie został powitany przez znajomą mu twarz, lecz zwęglony gulasz, który ktoś zostawił wiszący w kociołku nad żarem.

Zaprawionego trapera, któremu z pewnością niejeden raz w swoim życiu zdarzyło się przeczesywać mroczne i niedostępne dla ludzi obszary lasów, zapewne nie było łatwo nastraszyć. Trudno jednak sobie wyobrazić, że nie był on zlany potem, przechodząc pośród opuszczonych, wyrzuconych na brzeg kajaków, w kierunku serca opuszczonej wioski, zastanawiając się, co stało się z jej mieszkańcami. Odruchowo odsunął na bok płaty skór reniferów i sprawdził wszystkie szałasy w nadziei znalezienia jakichś znaków masowej zagłady.

Ku jemu zmartwieniu odkrył, że wszystkie chatki wypełnione były różnego rodzaju pożywieniem i bronią, które z pewnością nie zostałyby porzucone przez ich właścicieli. W jednym z pomieszczeń znalazł gulasz z renifera, który zdążył pokryć się już pleśnią. Była tam również niedokończona kurtka dla dziecka z foczej skóry, z ciągle wbitą w nią kościaną igłą, zupełnie jakby ktoś nagle przerwał nad nią pracę. Sprawdził nawet magazyn na ryby i zobaczył, że zapasy nie zostały wyczerpane.

Nigdzie nie było żadnych śladów walki czy przemocy. Labelle wiedział dobrze, że opuszczenie idealnego siedliska bez strzelb, pożywienia i odzieży byłoby – lekko mówiąc – nierozsądne, bez względu na okoliczności, które mogły zmusić społeczność do migracji. Zbadał również granice wioski, z nadzieją znalezienia śladów, które wskazałyby kierunek marszu osadników.

Nawet mimo faktu, że odejście mieszkańców nastąpiło relatywnie niedawno i na tyle pośpiesznie, że zostawili oni pożywienie wciąż gotujące się na ogniu, traper nie mógł znaleźć żadnych śladów opuszczenia obozu, bez względu na to, jak starannie szukał poszlak. Mimo przemarznięcia i zmęczenia, Labelle był zbyt przerażony, aby pozostać i odpocząć w tym enigmatycznym miejscu. Oznaczało to, że musi zrezygnować z komfortu, jakim było jedzenie i ciepłe schronienie, lecz uznał, iż pozostanie w tym miejscu jest zbyt niebezpieczne i wyruszył przez mroźny teren, do oddalonego o wiele mil biura telegraficznego, ażeby ta sama, nieznana siła nie postanowiła zająć się i nim.

Wyczerpany i przemarznięty do szpiku kości Labelle w końcu dotarł do biura telegraficznego i w przeciągu kilku minut nadał wiadomość alarmującą do najbliższego posterunku Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej. Roztrzepany łowca zdążył uspokoić się do czasu przybycia policji, co trwało kilka godzin. Doszedł do siebie na tyle, że był w stanie opowiedzieć swoją niepokojącą historię.

Policjanci, którzy udali się na miejsce zdarzenia, zatrzymali się na chwilę w przydrożnej chacie w celu odpoczynku, która była własnością innego trapera – Armanda Laurenta i jego dwóch synów. Stróże prawa wyjaśnili gospodarzom, że kierują się do Anjikuni, aby „zbadać pewien problem” i zapytali, czy w przeciągu kilku ostatnich dni byli świadkami czegoś dziwnego.

Traper przyznał, że wraz z synami śledzili dziwny, jarzący się obiekt przemierzający niebo. Miało to miejsce zaledwie kilka dni temu. Laurent stwierdził, że to ogromne, świecące „coś” wydawało się zmieniać swój kształt, przekształcając się z formy cylindrycznej, do czegoś przypominającego pocisk. Później dodał, że obiekt ten leciał w kierunku Anjikuni.

Po krótkim odpoczynku policjanci opuścili chatę Laurenta i zdecydowali się kontynuować swoją podróż. Zajechawszy na miejsce zdarzenia, byli w stanie nie tylko potwierdzić zeznania Labelle’a, lecz – powołując się na pewne źródła – dokonali dodatkowych,Anjikuni tajemniczych odkryć na krańcach wioski. Wiele źródeł podaje, że oficerowie prowadzący śledztwo zostali zaalarmowani po odkryciu dużej ilości rozkopanych grobów, w miejscu wyznaczonym do pochówku zmarłych. Jeśli wierzyć opowieściom – każdy grób został otwarty i co gorsza – opróżniony.

Są także mniej dramatyczne, jednak nie mniej zaskakujące zeznania, że tylko jeden z grobów został naruszony. Dla Eskimosów zbezczeszczenie grobu jest czymś nie do pomyślenia, więc dlaczego ciała, lub ciało się w nim znajdujące zostały usunięte? Aby dodać kolejną szczyptę „dziwności” całej sprawie, świadkowie stwierdzili, że ziemia dookoła grobu była zmrożona i „twarda niczym kamień”.

Raporty sugerują również, że kamienie nagrobne zostały ułożone w dwa, starannie ułożone stosy, co wykluczało dewastację wykonaną przez dzikie zwierzęta. Nie trzeba chyba wspominać, że policjanci byli zaniepokojeni tym co zobaczyli i ekipa poszukiwawcza została pospiesznie zorganizowana. W trakcie poszukiwań nie znaleziono żadnych dodatkowych poszlak odnośnie aktualnego miejsca pobytu zaginionych, jednakże w międzyczasie kolejne, przerażające odkrycie wyszło na jaw.

Nawiązując do raportów jakich dokonano, nie mniej niż 7 (choć niektórzy mówią o dwóch lub trzech) padłych śnieżnych psów zostało znalezionych około 90 metrów za granicą wioski. Znaleziono je zasypane głęboko w zaspach, na głębokości około 3,5 metra. Kanadyjscy patolodzy stwierdzili, że wszystkie odnalezione zwierzęta padły z głodu. Sposób w jaki psy zdechły – skoro naokoło było pełno chatek wypełnionych jedzeniem – wciąż pozostaje nierozwiązaną zagadką.

Jedna z osób zdających relację z poszukiwań powiedziała, że zwierzęta zostały przywiązane do drzewa, co tłumaczyłoby ich niezdolność do zdobycia pożywienia, jednak nie wyjaśnia, dlaczego zwierzęta padły tak szybko. Logicznym wydaje się, że zwierzęta nie powinny paść z głodu od chwili zniknięcia mieszkańców, do czasu pojawienia się trapera Labelle, który zeznał, że znalazł jedzenie wciąż gotujące się nad dogasającymi ogniskami.

Nasuwa się na myśl pytanie: czy mieszkańcy wioski pozwolili własnym psom umrzeć z głodu, zanim sami zniknęli? To bezcenne dla Eskimosów zwierzęta, które miały istotny wpływ na ich życie, dlaczego więc mieliby to zrobić? Jeśli jednak oni tego nie zrobili, to co tak naprawdę się stało? Jakby mało było tajemniczości w tej całej sprawie, policjanci zaobserwowali dziwne, pulsujące, niebieskawe światła nad horyzontem wioski, które podziwiali aż do jego zniknięcia. Zdecydowanie zaprzeczali, jakoby przyczyną tych świateł była zorza polarna.

Po dwóch tygodniach śledztwa, policjanci – bazując na jagodach, które zostały znalezione w jednym z kociołków – doszli do wniosku, że wioska była opuszczona od blisko dwóch miesięcy. Pojawia się w związku z tym kolejne pytanie: jeśli Eskimosi rzeczywiście opuścili swe domostwa osiem tygodni wcześniej, to kto rozpalił ognisko, na które natrafił Labelle?

Fakty i folklor mają zwyczaj krzyżowania się jeśli chodzi o niewyjaśnione zdarzenia jak to, mające miejsce nad jeziorem Anjikuni. Mimo to, pierwsza oficjalna relacja o zaginionej wiosce rzekomo została wydrukowana  w kanadyjskiej gazecie „Le Pas, Manitoba”, przez korespondenta Ennett’a E. Kelleher’a. Jako, że nie posiadano wtedy żadnych fotografii z miejsca zdarzenia, postąpiono według standardowej na ten czas procedury – podstawionym zdjęciem. Załączono zdjęcie obozu namiotowego z pustyni Cree, które zostało wykonane w 1909 roku, co doprowadziło do utraty wiarygodności sprawy.

Podczas gdy większość uważała, że „Le Pas, Manitoba” była pierwszą gazetą, która opublikowała relację, pewne osoby twierdzą, że właściwy raport był wydrukowany już dzień wcześniej przez „Danville Bee”. Nie zważając jednak na to, kto był pierwszy, artykuł, który najbardziej zainteresował opinię publiczną, wydano w magazynie „Halifax Herald” pod niezaprzeczalną informacją w nagłówku: „Plemię zaginęło w bezkresach północy – Wioska śmierci odnaleziona przez wędrowca Joe Labelle”.

Labelle nie przebierał w słowach, gdy opisywał swoje wstrząsające odkrycie reporterom:

„Momentalnie poczułem, że coś jest nie tak. Patrząc na w połowie przygotowane potrawy wiedziałem, że coś przeszkodziło ludziom w przyrządzaniu kolacji. W każdej chatce leżała strzelba tuż obok drzwi, a przecież żaden Eskimos nie wyruszy w teren bez broni. Zrozumiałem, że stało się tu coś potwornego.”

Oczywiście nie trwało długo, kiedy gazety zapchały swe wydania tą zadziwiającą historią. Czytelnicy w całej Północnej Ameryce otrzymali relację prosto z pierwszej ręki zdarzenia, które mogło być najlepszą, niewyjaśnioną zagadką, którą badała KKPK.

Frank Edwards (1908 – 1967) – dziennikarz

Po medialnym szumie wokół sprawy znad jeziora Anjikuni, ta niewyjaśniona historia została odłożona na bok, z racji masy niewiadomych, aż do roku 1959 kiedy to dziennikarz Frank Edwards ponownie zajął się tajemniczym przypadkiem i ujął go w swojej powieści „Dziwniejsze od nauki”.

Edwards nie stronił od niewytłumaczalnego, nie ulegał również całemu szałowi związanemu z Anjikuni, nie ma również relacji, które mówiłyby, że reporter ten kiedykolwiek fabrykowałby fakty. O to jednak oskarżyła go KKPK na swojej stronie internetowej, poświęconej tej zagadkowej sprawie.

Według Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej, Edwards zmyślił całą historię na potrzeby swojej książki i wydarzenie w Anjikuni nigdy nie miało miejsca. Przytaczając zapis ze strony tej instytucji:

„Historia o zniknięciu mieszkańców eskimoskiej wioski leżącej nad jeziorem Anjikuni w 1930 roku jest nieprawdziwa. Amerykański pisarz Frank Edwards jest rzekomo twórcą całej opowieści, którą opisał w swojej książce „Dziwniejsze od nauki”. Opowieść stała się popularna iprzedrukowana w wielu książkach i magazynach. Niemniej jednak nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie autentyczności całego zdarzenia. Wioska o tak dużej populacji nigdy by nie istniała w tak oddalonej na północ części świata (62 stopnie na północ, 100 stopni na zachód, około 100 kilometrów na zachód od Eskimo Point). Ponadto, funkcjonariusze Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej patrolujący omawianą okolicę, nie odnotowali żadnych niepokojących incydentów. Nie otrzymali również żadnych zgłoszeń od traperów, czy misjonarzy.”

Będę pierwszym, który przyzna, że opowieść o zaginionej eskimoskiej wiosce Anjikuni jest czymś więcej, niż tylko rozpowszechnianą na dużą skalę bajką. Są pewne wątpliwości co do liczby rzekomych zaginionych osób, prezentowanych w różnych raportach, włączając w to „The World’s Greatest UFO Mysteries” autorstwa Boar’a i Blundell’a, które zakłada niedorzeczną i gigantyczną liczbę 2000 zaginionych.

Jest ona znacznie przesadzona, jednak wydaje się, że stanowisko KKPK jest nieco lekceważące, jeśli nie mówiąc – niepoprawne. Jak było wspomniane powyżej, pierwsza relacja z miejsca zdarzenia nie została opublikowana po wydaniu książki Edwards’a w 1959 roku, lecz w tym samym roku, w którym całe wydarzenie miało miejsce. Oznacza to, że nie ma możliwości, aby wymyślił on tą legendę. Dodatkowo, istnieją zapisy o przynajmniej dwóch oddzielnych dochodzeniach prowadzonych przez funkcjonariuszy.

Pierwsze dochodzenie – nawiązując do funkcjonariuszy, którzy odpowiedzieli na zgłoszenie Labelle’a – zostało wszczęte 17 stycznia 1931 roku, czyli już rok po całym zajściu. Głównodowodzącym, był dociekliwy oficer KKPK, sierżant J. Nelson, który stacjonował na posterunku w La Pas. Nelsona zaintrygowały napływające z okolic raporty i zadecydował wszcząć „skrupulatne dochodzenie z różnych źródeł”, jednak nie jest jasne, czy prowadzone przez niego śledztwo zostało potępione przez KKPK. Oficer stwierdził tylko, że „nie znalazł podstaw potwierdzających prawdziwość tej historii”.

Odwołując się do informacji zebranych przez Chrisa Rutkowskiego i Geoff’a Dittman’a a opublikowanych w ich książce „Raporty kanadyjskich UFO: Rozwiązanie najlepszych spraw”, hipotezy Nelsona zostały oparte na jednej rozmowie, jaką przeprowadził z nieznanym z imienia i nazwiska właścicielem stoiska handlowego w Windy Lakes. Mężczyzna powiedział mu, że nie słyszał o opuszczonej wiosce od żadnego z traperów odwiedzających jego sklep. Ten plotkarz stwierdził nawet, że wie ze słyszenia, że Labelle tak naprawdę przybył z terytorium północno-zachodniego i prawdopodobnie nigdy nie dotarł do oddalonego o 100 mil Anjikuni. Z zeznań Nelsona:

„Joe Labelle, traper, który rzekomo, który opowiedział swoją historię korespondentowi Emmett’owi E. Kelleher’owi, jest uważany za nową personę w tym kraju. Pojawiają się również wątpliwości co do jego przebywania kiedykolwiek na tych terenach.”

Nelson starał się wzmocnić prawdziwość swojej wersji zdarzeń, kierując oszczerstwa w kierunku uczciwości Kelleher’a mówiąc, że „miał zwyczaj pisania wyolbrzymionych historyjek o północy, oraz, że jego artykuł nie budzi wiarygodności”. Warto zaznaczyć, że Nelson sam oznajmił, iż nigdy nie przeprowadzał jakiegokolwiek wywiadu z reporterem, lecz oświadczył, że zrobi to tak szybko, jak tylko będą ku temu możliwości. Nie do końca również wiadomo, czy Nelson kiedykolwiek rozmawiał z Labelle’m, ani nawet czy pokusił się wybrać nad jezioro Anjikuni w celu przeprowadzenia dochodzenia na własną rękę. Jedno można z pewnością stwierdzić: stan wioski niewiele zmienił się przez dwa miesiące, od czasu ucieczki w panice trapera. Pomimo faktu, że Nelson wydaje się być jedyną osobą spisującą pogłoski od innych ludzi, postanowił zakończyć swoje śledztwo stwierdzając:

„Sprawa zaginięcia mieszkańców wioski bazuje na historii niedoświadczonego trapera opowiedzianej fantazjującemu i niezbyt prawdomównemu dziennikarzynie.”

Nie trzeba chyba tłumaczyć, że słowa te są dla sceptyków zakończeniem całej sprawy, jednak (z całym szacunkiem do oficera Nelsona) trzeba się zastanowić, jak daleko zaszło śledztwo tego policjanta. Wydaje się, że był sceptykiem odnośnie tej sprawy i nigdy nie miał zamiaru dokopania się do prawdy. Warto dodać, że fakt, iż nigdy nie rozmawiał z naocznym świadkiem, który mógłby potwierdzić całe zdarzenie, nie stanowi dowodu o nieprawdziwości wydarzenia w Anjikuni.

Żaden z przedstawionych faktów nie dowodzi, ani nie zaprzecza prawdziwości tego, co zdarzyło się w oddalonej na północ wiosce, niemniej jednak na jeden z nich warto zwrócić uwagę, czy to jesteś zwolennikiem niekonwencjonalnych teorii, czy też należysz do tych, którzy w takie teorie nie wierzą. Niestety, wydaje się, że taki Tom, Dick, czy Harry, uwierzą mediom, że cała sprawa to jedne wielkie oszustwo, podczas gdy inni, którzy nie uwierzą w medialną papkę, zostaną uznani za gorszych, za dziwaków, spiskowców.

Sprawa ponownie ujrzała światło dziennie w listopadzie 1976 roku, gdy w magazynie „Fate” pojawił się artykuł zatytułowany „Powrót sprawy zaginionej wioski”, autorstwa Dwight’a Whalens’a. Tekst potwierdza, że istniały zapisy mówiące o prowadzeniu ponownego śledztwa przez KKPK w 1931 roku. Policjanci przyznali się do odkrycia niezamieszkałej wioski, lecz uznali to za sezonowe, lub trwałe opuszczenie siedliska, oraz nie brali pod uwagę możliwości ingerencji w to tajemniczych sił i prawdopodobnie najwygodniej było im uznać sprawę za wyjaśnioną. Wiadomym jest, że w latach 30 XX wieku wiele eskimoskich plemion prowadziło pół-koczowniczy tryb życia, jednak nigdy nie opuściłyby one swoich wiosek – czy to tymczasowo, czy trwale – w obliczu wszech panującej zimy, bez broni i innych istotnych w przetrwaniu przedmiotów.

Podczas, gdy jedni rozważają nad wszystkimi możliwymi przyczynami zaistniałego zdarzenia, ciężko jest obarczyć winą wymiar sprawiedliwości, za chęć zatuszowania sprawy Anjikuni. Nie do końca jasne porzucenie sprawy przez KKPK, jest jawną próbą odsunięcia się od enigmatycznej historii, która niezbyt dobrze odbiła się na policji i co bardziej znaczące, zdarzyła się już ponad 70 lat temu. Nawet jeśli znaleźliby się członkowie Konnej Policji zainteresowani ponownym zbadaniem tej sprawy, jakiekolwiek ślady już dawno przestały istnieć i wątpliwym jest, czy byliby w stanie przekonać swoich przełożonych, by poświęcić czas właściwie na daremno. Więc jeśli przyznamy, że przynajmniej 30 osób zaginęło tego feralnego dnia, to niewątpliwie trzeba zadać pytanie…

To, co nam teraz pozostało to wielka zagadka, na temat tego kto, lub co było odpowiedzialne za szokujące zniknięcie osób w 1930 roku. Było to zawsze głównym argumentem sporu pomiędzy ludźmi, którzy wierzyli, że wioska Anjikuni w tajemniczy sposób zniknęła.

Trudno sobie wyobrazić, jaki rodzaj siły mógł zmusić plemię Eskimosów do opuszczenia swoich bezpiecznych domostw, bez zabrania narzędzi, pożywienia, broni, oraz psów, niezbędnych do przetrwania w srogim klimacie tundry. Fakt, że nie znaleziono żadnych śladów walki, ani aktów przemocy tylko potęguje tajemniczość tej niewyjaśnionej dotąd zagadki.

Jeśli Eskimosi z Anjikuni zostali zamordowani lub porwani przez jakąś siłę, z pewnością zostałyby jakieś oznaki walki. Jeśli połączyć to z faktem, że doświadczeni śledczy nie mogli znaleźć pozostałości po opuszczeniu wioski, wprawiło ich w zakłopotanie na długie lata. Jeśli więc nie możemy znaleźć logicznego wyjaśnienia, jesteśmy więc zmuszeni spojrzeć na to z innej perspektywy.

Jedną z wielu a zarazem najpopularniejszą teorią wyjaśniającą powód zaginięcia całej ludności wioski jest, że mieszkańcy kanadyjskiej wioski mogli zostać ofiarami jednej z największych abdukcji przez kosmitów, jaka kiedykolwiek miała miejsce. Hipoteza ta oparta jest na zeznaniach Laurenta, świadka obserwacji cylindrycznego, przypominającego kształtem pocisk obiektu, przemierzającego niebo w kierunku Anjikuni, oraz na zeznaniach policjantów, widzących dziwne, niebieskie światła nocą, nad wioską.

Podczas gdy dowody wspierające tę teorię wydają się być niepodważalne, jednocześnie zdają się być intrygujące i zarazem przerażające. Trzeba przyznać, iż założenie, że kosmici zeszli na ziemię i czmychnęli z całą populacją wioski, wydaje się być bzdurą wyssaną z palca, choć jedną z teorii.

Jeśli z grona podejrzanych wykluczymy istoty pozaziemskie, to musimy zmierzyć się z być może jeszcze bardziej dziwaczną hipotezą zniknięcia mieszkańców Anjikuni

Labelle zeznał reporterom, że wierzy, iż mieszkańcy Anjikuni zaginęli po zadarciu z „Eskimoskim złym duchem Tornrark’iem”.Demoniczna istota do której odniósł się traper – „Torngarsuk”, znany także jako „Torngasak”, „Tornatik”, „Torngasoak”, Tungrangayak” i „Tor-nar-suk” – według eskimoskiej legendy, jest potężnym, niebiańskim bóstwem, który jest przywódcą legionu wrogo nastawionych duchów.

Nie jest jednak godnym uwagi fakt, że Labelle, nieobeznany z tą okolicą, był dosyć dobrze zaznajomiony z tubylcami i jednym z ich najbardziej zbrodniczym bogiem, którego znał z imienia. Demon ten był niewidzialny dla wszystkim, prócz eskimoskich szamanów, którzy byli znani z przyjmowania różnych inkarnacji i składania ofiar ze zwierząt, aby utrzymać „wielkiego diabła” w ryzach. Ta złośliwa istota okazjonalnie ukazywała się w formie zwierząt, np. niedźwiedzia.

Czy mogło być tak, że mieszkańcy Anjikuni uwierzyli, iż jeden, lub więcej z ich śnieżnych psów stał się inkarnacją bestii? Czy to dlatego opuścili wioskę i udali się na pewną śmierć? Przesłanki ku temu są niewielkie, jednak nie można ich zupełnie wykluczyć.

Jednak na sprawę trzeba spojrzeć trzeźwo. Wydaje się być oczywistym, że informacje na temat Anjikuni zostały poprzekręcane i ubarwione przez każdą osobę ją przekazującą przez już ponad 7 dekad, powodując niesamowitą mieszankę faktów i fikcji. Oficjalnie raporty też budzą wątpliwości. Jeśli jednak zmniejszymy ogromną, potencjalną liczbę 2000 zaginionych osób, do tylko trzydziestu i jeśli zmniejszymy liczbę rozkopanych grobów z wielu, do tylko jednego brakującego ciała, to wciąż mamy do czynienia z jedną z najbardziej zagadkowych historii naszych czasów.

Bez względu na dalsze losy zaginionych w Anjikuni osób, faktem jest, że pewnego listopadowego/grudniowego dnia roku 1930, około 30 mężczyzn, kobiet i dzieci – które zaledwie dzień wcześniej pracowały, bawiły się otoczone przez najbliższych i bezpieczeństwo swojego domu – najprawdopodobniej opuściły swe domostwa i zniknęły z oblicza Ziemi.

Pomimo głośnych protestów osób chcących obalić sprawę Anjikuni, zagadka tego miejsca jest wciąż żywa i podczas, gdy być może nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę się tam stało, czy ci biedni ludzie zostali zamordowani, czy nie czy też w inny dziwny sposób zaginęli, należy mieć nadzieję, że gdziekolwiek się teraz znajdują, są w lepszym miejscu.


 

Literatura:

Jeffrey Blair Latta, „The Franklin Conspiracy Cover-Up, Betrayal, and the Astonishing Secret Behind the Lost Arctic Expedition”, Toronto: Hounslow Press, 2001.

David C. Woodman, „Unravelling the Franklin Mystery Inuit Testimony”, McGill-Queen’s native and northern series, 5. Montreal: McGill-Queen’s University Press, 1991.

L.B. Aspler, J. R. Chiarenzelli, , K. Powis, and , B.L. Cousens, „Progress report: Precambrian Geology of the Angikuni Lake area, District of Keewatin”, NWT. Geological Survey of Canada Current Research 1998-C, 55-66.

Mysterious Universe – Village of the Dead: The Anjikuni Mystery

Reklamy

2 thoughts on “Zagadkowe zniknięcie eskimosów z wioski znad Anjikuni

    • Też są warte uwagi, to też jest część historii. Mimo, że dużo faktów pomieszano z legendą to o tym też trzeba pisać.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s