Atak terrorystyczny na polską ambasadę w Bernie w 1982 r.

terror01

6 września 1982 roku – miało miejsce zajęcie polskiej ambasady w Szwajcarskim w Bernie przez czterech uzbrojonych terrorystów, rzekomo podających się za członków PAK (Powstańczej Armii Krajowej) z siedzibą w Albanii. Wkrótce okazało się, że terroryści są kiepskimi amatorami, a organizacja istniała wyłącznie w ich wyobraźni.

Czteroosobowym oddziałem, kierował, Florian Kruszyk, przestępca i awanturnik z niezwykłą biografią. Urodził się w 1940 r. w Wysocku koło Ostrowa Wielkopolskiego. Od miejsca urodzenia prawdopodobnie stąd wziął się jego pseudonim. Zamiłowanie do munduru przejawiał od młodości – w 1957 r. wstąpił na ochotnika do wojska. Grał tam w orkiestrze na tubie. Ze służby odszedł po kilku latach jako starszy szeregowy.

Został kontrolerem biletów w PKS. W 1967 r. poszukiwany był listem gończym w związku z defraudacją pieniędzy, kradzieżą, pobiciem i uchylaniem się od płacenia alimentów. Przed polskim wymiarem sprawiedliwości Kruszyk uciekł do Austrii. W 1968 r. został aresztowany przez tamtejszą policję i skazany na 10 miesięcy pozbawienia wolności za fałszowanie dokumentów.

W 1969 r. zgłosił się do placówki RFN na terenie Austrii, gdzie wyjawił „tajemnicę” – twierdził, że jest byłym funkcjonariuszem polskich służb specjalnych, członkiem podziemnej organizacji Rada Narodowo-Wyzwoleńcza i prosił o azyl polityczny. Nie wiadomo, czy władze RFN dały temu wiarę. Kruszykowi na pewno nie pomogło to, że w kwietniu 1969 r. wraz z trzema innymi osobami napadł na wiedeńskiego jubilera Abę Lewita. Po aresztowaniu przez policję Kruszyk i jego kompani utrzymywali, że są rzekomo współpracownikami palestyńskiej organizacji bojowej Al-Fatah, a ich czyn jest zemstą za agresję Izraela na kraje arabskie. Kruszyk został skazany na dziewięć lat więzienia.

Po wyjściu na wolność udał się w 1978 r. do Holandii, gdzie wziął ślub i otrzymał zezwolenie na stały pobyt. W 1979 r. w Assen starał się założyć Komitet do spraw Ochrony Praw Człowieka w Polsce, który miał zbierać pieniądze przeznaczone na finansowanie działalności opozycji demokratycznej w kraju. W tym okresie udzielał wywiadów, kreując się na byłego oficera służb specjalnych i doktora filozofii marksistowskiej. W styczniu 1981 r. Kruszyk otworzył w Hadze restaurację Chopin, która stała się popularna w środowisku emigrantów z Polski. Wśród bywalców lokalu szukał chętnych do przeprowadzenia akcji terrorystycznej.

Jednak ich nie znalazł, więc 42-letni Kruszyk postanowił wyjechać do Monachium, gdzie zwerbował trzech polskich emigrantów zarobkowych z RFN bez przeszłości kryminalnej:

Krzysztofa Wasilewskiego, ps. „Kaczor”. Był on zastępcą dowódcy w czasie akcji. Ten 33-letni mechanik, żonaty wyemigrował z kraju w 1977 do Belgii, a później osiadł w Monachium.

Kolejny zamachowiec – Mirosław Plewiński „Sokół”, był 23-letnim studentem WSP. Wyjechał przed wprowadzeniem stanu wojennego w 1981 roku do Austrii, a stamtąd co ciekawe właśnie do Monachium.

Najmłodszym z grupy był 20-letni Marek Michalski, występujący pod pseudonimem „Ponury”. Był on z wykształcenia technikiem budowlanym, żonatym. W roku 1981 wyjechał do Francji, ale ostatecznie osiadł w RFN.

Kurszyk przedstawił się im jako przedstawiciel tajnej organizacji o nazwie Powstańcza Armia Krajowa, której kwatera główna znajduje się w Albanii. Twierdził, że celem organizacji jest walka z komunizmem w Polsce, a przede wszystkim – zmuszenie władz PRL do zniesienia stanu wojennego. Przekonywał ich hasłami patriotycznymi i obietnicą dużych pieniędzy. Szybko namówił całą trójkę do udziału w zamachu na jedną z placówek dyplomatycznych PRL na Zachodzie. Jako potencjalne cele ataku rozpatrywali ambasady i konsulaty PRL w Belgii, Holandii i Niemczech. Wybór padł na polską ambasadę w Bernie, stolicy Szwajcarii.

1ihACg4

Pod koniec sierpnia 1982 roku grupa ruszyła do Szwajcarii, przekraczając granicę bez problemów.  W Zurychu Kruszyk nabył w sklepie cztery karabiny Remington Wingmaster 870 kaliber 12, amunicję, cztery komplety mundurów szwajcarskiej armii maskujące typu moro, maski przeciwgazowe i atrapę czeskiego pistoletu maszynowego Skorpion. Następnie pojechali do Berna, gdzie najpierw przeprowadzili rozpoznanie ambasady. Przez pewien czas spacerując wokół budynku, w końcu wchodząc do wnętrza pod pretekstem załatwienia sprawy paszportowej. Po tym wywiadzie dokładnie zaplanowali akcję i wyznaczyli jej termin na 6 września 1982 roku.

Tego dnia o godzinie 10.00, do ambasady wszedł lider grupy – Kruszyk. Tak jak poprzednio pod pozorem sprawy paszportowej. Gdy ochrona otworzyła mu drzwi, do budynku wdarło się trzech pozostałych zamachowców. Po wtargnięciu do budynku zachowywali się bardzo hałaśliwie, licząc na zastraszenie zakładników. Strzelali bez uzasadnionej potrzeby, niszcząc armaturę budynku. Ubrali zakupione wcześniej mundury moro, założyli maski przeciwgazowe, co dodało im tyleż strasznego co komicznego wyglądu. Jednak zakładnikom wcale do śmiechu nie było.

Od razu sterroryzowali przebywających wewnątrz pracowników (ambasador był w tym czasie poza budynkiem), i rozpoczęli przeszukiwanie placówki, chcąc zgromadzić wszystkich w holu. Robili to jednak niedbale. Dopiero następnego dnia w jednym z pomieszczeń znaleźli ukrytego attache wojskowego Zygmunta Dobruszewskiego. Inny dyplomata – Józef Matusiak ukrył się na strychu, skąd uwolnili go policjanci. Już po godzinie zamachowcy przedstawili swoje żądania.

Lider Kruszyk „Pułkownik Wysocki” oświadczył, że do organizacji, z której się wywodzi, rzekomy należy ponad trzy tysiące członków w kraju i za granicą, a wspiera ją 200 byłych oraz czynnych oficerów (Ludowego) Wojska Polskiego. Atak na ambasadę w Bernie miał być sygnałem dla bojowników PAK i początkiem serii zamachów skierowanych przeciw polskim dyplomatom w całej Europie Zachodniej. „Pułkownik Wysocki” domagał się zniesienia stanu wojennego oraz uwolnienia Lecha Wałęsy i wszystkich internowanych. W razie niespełnienia tych postulatów w ciągu 48 godzin grozili detonacją 26 kilogramów ładunków wybuchowych, który rzekomo mieli ze sobą.

Zanim policja odcięła ambasadzie telefony, Kruszykowi udało się skontaktować z dziennikarzami DPA i Reutersa. Bardzo chętnie udzielał informacji o swojej grupie. Gdy w końcu łączność została odcięta, terroryści śledzili przekazy medialne na przenośnym odbiorniku telewizyjno-radiowo-magnetofonowym marki Sanwa typ 3008, wniesionym przez nich samych do budynku.

Nagłówek prasy szwajcarskie na temat zajęcia polskiej ambasady w Bernie.

Kiedy do Warszawy dotarła informacja o zajęciu ambasady, generał Wojciech Jaruzelski powołał zespół do walki z terroryzmem. W jego skład weszli przedstawiciele MSZ, MSW i MON. Jednym z najważniejszych zadań było odkrycie tożsamości terrorystów. Najszybciej zidentyfikowano szefa grupy. Szybko udało się zidentyfikować szefa grupy, którego oświadczenie radiowe odsłuchano w Polsce i połączono głos z osobą Floriana Kruszyka byłego żołnierza, poszukiwanego za liczne przestępstwa. W Szwajcarii natomiast powołano 12-osobowy sztab kryzysowy z ministrem sprawiedliwości i policji drem Kurtem Furglerem na czele.

Strona polska od początku proponowała przysłanie jednostki antyterrorystycznej ówczesnej milicji – Wydział Zabezpieczenia Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych pod dowództwem Jerzego Dziewulskiego. Służby PRL podejrzewały, że terroryści przekazywali policji paczki z dokumentami, które były mikrofilmowane, a następnie zwracane do ambasady.

W planowanie operacji zaangażowany był gen. Edwin Rozłubirski, będący ówcześnie komisarzem z ramienia KOK w MSW odpowiedzialnym za walkę z terroryzmem. Doradzał funkcjonariuszom Wydziału Zabezpieczenia KSMO oraz drugiej grupie specjalnej MO ulokowanej przy CPL „Okęcie” w zakresie taktyki i uzbrojenia. Miał też brać udział w operacji w Bernie, gdzie planowano dotrzeć helikopterami, przy użyciu ładunków wybuchowych opuszczonych ze śmigłowca na dach utorować wejście do środka i odbić ambasadę – kolejna grupa MO miała staranować ciężarówką jedno z wejść lub fragment ściany.

W operacji miały wziąć udział kobiety, co miało dawać pewne atuty w przeprowadzeniu i maskowaniu działań (skądinąd wiadomo, że w samym WZ KSMO przez pewien czas istniał pluton kobiecy do działań szturmowych, po pewnym czasie został jednak rozwiązany). Następnie planowano przebrać pojmanych terrorystów w mundury komandosów MO i przemycić do PRL.

Ambasador Szwajcarii w Warszawie ostrzegł, że konstytucja jego kraju zabrania przebywania na terytorium państwa umundurowanych członków obcych sił zbrojnych, grupa szturmowa miała być ubrana po cywilnemu. Ostatecznie Szwajcaria propozycję odrzuciła nie bezpodstawnie wierząc w sprawność swoich własnych oddziałów specjalnych. Rzecznik rządu w Bernie oświadczył wręcz, że Szwajcaria „zamknęła swój obszar powietrzny dla niezapowiedzianych samolotów polskich”. Być może Szwajcarzy obawiali się zbytniego tłoku. Do Berna od początku kryzysu ściągali przedstawiciele służb specjalnych wielu krajów. Szwajcarzy współpracowali z policjami RFN, Holandii i Austrii. Pomoc zaoferowały również komórki antyterrorystyczne z Francji, Włoch i Anglii. Na miejscu sytuacji mieli przyglądać się także Amerykanie.

Generał Rozłubirski twierdził później, że szef MSW gen. Kiszczak wyraził zgodę na operację, zaś Niemcy dały zgodę na przelot Polaków, a Szwajcarzy zaaprobowali polską operację, z czego jednak ostatecznie wycofali się pod naciskiem USA.

Na miejsce akcji Szwajcarzy wysłano antyterrorystyczną brygadę kantonu berneńskiego – Stern, która otoczyła budynek szczelnym kordonem. Jednocześnie władze PRL-u jasno dały do zrozumienia, że spełnienie żądań PAK jest niemożliwe.

Policyjni negocjatorzy od razu zorientowali się, że mają do czynienia z kompletnymi amatorami w terrorystycznym fachu. W wyniku negocjacji, pierwszej nocy zwolniono ciężarną pracownicę ambasady. Później doszło nawet do uwolnienia wszystkich kobiet. Warto zauważyć, że inicjatywa w negocjacjach przez cały czas znajdowała się po stronie policji. Terroryści pozwolili sobie narzucać kolejne warunki – od zwalniania zakładników do sposobu dostarczania żywności do ambasady. Zezwolili nawet na wejście lekarza i wniesienie lekarstw do budynku. Ów lekarz był przebranym policjantem, który podczas krótkiej wizyty w gmachu doskonale zorientował się co do liczby terrorystów, ich uzbrojenia i rozmieszczenia. W mediacjach z terrorystami wybitnie pomógł prof. Józef Bocheński, stale mieszkający w Szwajcarii słynny polonijny filozof, rektor Uniwersytetu Fryburskiego.

8 września o godzinie 10:40 minął termin ultimatum. Oczywiście żadne z żądań terrorystów nie zostało spełnione. Postanowili więc zmienić swoje warunki. Teraz żądali 3 milionów franków szwajcarskich oraz umożliwienia swobodnego opuszczenia kraju i udania się do Albanii lub Chin. Postawiło to w niekorzystnym świetle motywy PAK. Patriotyzm został „sprzedany” za twardą walutę. Do dziś jedną z dość powszechnych teorii dotyczących organizacji jest ta zakładająca, iż byli to zwykli przestępcy, pragnący zysków dla siebie a działający w „politycznej zasłonie dymnej”. Wyznaczyli kolejny 48-godzinny termin ultimatum. Szwajcarzy szybko pozbawili ich złudzeń i bezceremonialnie odmówili spełnienia tych żądań.

Terrorystom amatorom grunt zaczynał się palić pod nogami. Ostatecznie jeszcze raz skontaktowali się z policją chcąc już tylko gwarancji bezpieczeństwa. Ta ujawniająca słabość propozycja została już zignorowana i utwierdziła tylko Szwajcarów co do słuszności planowanego kursu działania.

Zapadła za to decyzja o szturmie na ambasadę. Akcję miał przeprowadzić Stern na 24 godziny przed upływem drugiego wyznaczonego terminu – czyli o 10.40 dnia 9 września. W tym momencie w budynku pozostało już tylko 5 zakładników – zwolniono kobiety, z jednemu z mężczyzn udało się uciec przez okno. Antyterroryści wiedzieli, że ludzie Kruszka nie są profesjonalistami w swoim fachu, poza tym 4 osoby to mało jak na cały budynek. Jednak sami Sternowcy, jako profesjonaliści, wiedzieli, że zminimalizować ryzyko mogą tylko stosując taktyczny wybieg. Potrzebowali przykuć uwagę terrorystów przed samym szturmem.

Antyterroryści wykorzystali w tym celu system dostarczania żywności. Do skrzynki ze śniadaniem włożono ładunek ogłuszająco-oślepiająco-łzawiący. Jak zwykle posiłek dostarczony został przez mikrobus parkujący przed ambasadą od frontu. Policjant w umówionym trybie przynosi paczkę pod drzwi, zostawia i odchodzi. Tym razem jednak od tyłu budynku podjechał wóz Sternu. Po półtorej minuty, dwóch z terrorystów otworzyło drzwi by podjąć przesyłkę. Ładunek został zdetonowany zdalnie z pokładu mikrobusa. Eksplozja była na tyle silna, że wywaliła drzwi i przewróciła obu mężczyzn, jednak nie zabijając, a tylko ich ogłuszając.

Obezwładnieni terroryści przez szwajcarski STERN.

Natychmiast rozpoczął się szturm. Ośmiu antyterrorystów ruszyło od frontu i w hallu obezwładniło dwóch ogłuszonych hukiem członków PAK. W tym samym czasie od tyłu do ambasady podbiegło 12 Sternowców z podstawionego wcześniej wozu. Detonowali oni kolejne granaty ogłuszające. Grupa, która weszła od frontu, po przejściu do kolejnego po hallu pomieszczenia napotkała dwóch pozostałych terrorystów, w tym lidera Floriana Kryszyka. Ten nie stawia oporu zajęty spożywaniem posiłku, zupełnie zaskoczony szturmem. Pierwszego aresztowanego zamachowca wyprowadzono na zewnątrz o, czyli tylko 30 sekund po detonacji ładunku w paczce z jedzeniem.

kruszyk1

Lider terrorystów Kruszyk po zdjęcie maski.

Akcja zakończyła się spektakularnym sukcesem berneńskiej brygady Stern. Żaden z pięciu zakładników, tak jak i żaden z terrorystów i antyterrorystów, nie odniósł najmniejszych obrażeń. Szwajcarskie oddziały specjalne potwierdziły tym samym swoją wysoką klasę.

Po obezwładnieniu terrorystów doszło do spięcia pomiędzy Polską i Szwajcarią, ponieważ władze szwajcarskie rozpoczęły przeszukiwanie ambasady polskiej w celu przejęcia dokumentów, a pracownicy placówki nie zostali natomiast na jej teren wpuszczeni przez kilka następnych godzin. O czym mówi alarmująca depesza, która napłynęła do Warszawy:

„Po uwolnieniu towarzyszy i aresztowaniu terrorystów policja dokonuje w tej chwili wykalkulowanej penetracji ambasady (dokumenty itp.) (…) Nie zgodzono się na wpuszczenie go (ambasadora) na teren ambasady na własne ryzyko. Po wejściu naszych przedstawicieli stwierdzono, że zostało wysadzone 8 drzwi do pomieszczeń, których nie udało się otworzyć terrorystom. Sprawdzanie budynku przez policję miało wyraźnie charakter penetracji.”

Jednocześnie przesłuchano wszystkich pracowników, nie chciano jednocześnie zwolnić attaché wojskowego, płk. Zygmunta Dobruszewskiego. Polacy obawiali się, że szwajcarskie służby starają się wydusić z niego tajne informacje. Tak było w rzeczywistości – attaché był wypytywany o dokumenty z ambasady. Szwajcarzy oddali mu jedną teczkę, przejmując resztę dokumentów oraz kodów używanych m.in. przez II Oddział Sztabu Generalnego WP. Sprawa tych dokumentów w stosunkach polsko-szwajcarskich powracała jeszcze przez kilka miesięcy.

Nad tym, kto stał za terrorystami z Powstańczej Armii Krajowej, głowili się nie tylko Polacy i Szwajcarzy, lecz także służby specjalne RFN. Były szczególnie zainteresowane sprawą, ponieważ na ich terenie spotkali się zamachowcy przed atakiem na ambasadę. W kołach rządowych RFN obawiano się, że zarzuty o powiązanie z terrorystami mogą stanowić podstawę do propagandowego i dyplomatycznego ataku ze strony PRL. Nieformalnymi kanałami dyplomatycznymi dawano do zrozumienia, że RFN w żaden sposób nie wspierała terrorystów. Jednocześnie Niemcy kierowali oskarżenie o inspirację na Amerykanów, ku czemu skłaniała się także strona polska. Jednak okazało się, że nie ma na to kompletnie dowodów.

Od momentu aresztowania terrorystów polska prokuratura starała się o ich ekstradycję. Szwajcarzy byli jednak w tej kwestii nieugięci i polskie wnioski o ekstradycję stanowczo odrzucali.

Proces czwórki oskarżonych toczył się 3-6 października 1983 r. przed szwajcarskim Trybunałem Federalnym w Lozannie. Trzej zwerbowani mężczyźni przez Kruszyka twierdzili, że przystąpili do organizacji z powodów ideologicznych.  W trakcie obrony przed sądem zeznali w końcu, że „pułkownik Wysocki” oszukał ich obiecując „patriotyczną walkę”, a zamiast tego szukając własnego zysku. Twierdzili także, że Powstańcza Armia Krajowa, grupa do której zwerbował ich Kruszyk, nigdy nie istniała. Miała być przykrywką i narzędziem manipulowania „patriotycznymi uczuciami” Wasilewskiego, Plewińskiego i Michalskiego. Równie dobrze moła to być prawda, jak i desperacka obrona.

W trakcie śledztwa okazało się, że była to tylko przykrywką dla przestępczej działalności grupy Kruszyka. Z powodu braku dowodów odrzucono wątek spisku polskich spec służb w celu zdyskredytowania Solidarnościi oraz istnienie antykomunistycznej organizacji terrorystycznej. Sam główny oskarżony Florian Kruszyk utrzymywał, że organizacja konspiracyjna faktycznie istnieje, ale sąd nie dał temu wiary.

Szwajcarskie sądu potraktował ich łagodnie. Skazał trzech pomocników Kruszyka na wyroki 2,5 roku więzienia, a natomiast samego lidera na 6 lat. Po odbyciu kary trzej wspólnicy Floriana Kruszyka wyjechali do RFN. Kruszykowi skrócono wyrok i wyszedł z więzienia we wrześniu 1986 r.

W 1984 roku powstał film fabularny „Ultimatum” w reżyserii Janusza Kidawy, którego scenariusz oparto o powyższe wydarzenia.


Literatura:

Stanisław Kochański, Brygady antyterrorystyczne. Operacje. Uzbrojenie., Wydawnictwo Czasopism i Książek Technicznych SIGMA NOT, spółka z o.o., Warszawa 1992.

źródło: http://www.terroryzm.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s