Dodaj komentarz

Polski napad stulecia w Wołowie

Napad Wołów 1

19 sierpnia 1962 roku – doszło do napadu na oddział Narodowego Banku Polskiego w Wołowie w pobliżu Wrocławia.  Łupem złodziei padła jak na tam te czasy olbrzymia suma 12,5 mln złotych.  Złodzieje dostali się do skarbca przez otwór wycięty w stropie. Jednak nikt by nigdy nie przypuszczał, że rabunek nie był dziełem wyrafinowanych przestępców, ale powszechnie szanowanych obywateli, nigdy nigdy nie notowanych w kartotekach kryminalnych oraz nie narzekający na brak pieniędzy. Jak doszło do polskiego skoku stulecia?

Lata 60. Wołów miasto na Dolnym Śląsku, liczyło wtedy zaledwie osiem tysięcy mieszkańców. Na obrzeżach niewielkiego miasteczka, w dwupiętrowym w poniemieckim budynku przy Placu Sobieskiego, znajdował się oddział Narodowego Banku Polskiego. Był to jedyny bank w mieście. Gromadził utargi ze wszystkich miejscowych sklepów oraz przechowywał pieniądze na wypłaty dla większości mieszkańców Wołowa i okolic pracujących w zakładach produkcyjnych oraz PGR-ach.

Dawna siedziba banku w Wołowie przy placu Jana III Sobieskiego 6

Na pomysł napadu na bank wpadł wówczas 38-letni Mieczysław F. mieszkaniec Wrocławia, a Wołowie prowadził jedyny w miasteczku zakład naprawy radioodbiorników i telewizorów. Był świetnym fachowcem, na tyle dobrym, że dyrekcja wołowskiego oddziału NBP postanowiła mu zlecić zainstalowanie systemu alarmowego. Wtedy to pracując w bankowym skarbcu, wpadł na pomysł, aby dostać się do niego, wybijając dziurę w stropie za pomocą podnośnika.

Mieczysław F. podczas gry w karty zarzucił kolegom ten pomysł napadu na bank.  W pierwszej chwili koledzy od karcianego stolika – właściciel zakładu rymarskiego Józef S. i taksówkarz Wiktor K. – w pierwszej chwili potraktowali propozycję F. jako żart. Jednak zmienili zdanie, gdy dowiedzieli się, że do banku wpływają pieniądze na wypłaty dla pracowników ze wszystkich pobliskich państwowych gospodarstw rolnych, więc postanowili dokonać jednego z największego skoków w historii Polski.

Nie byli zawodowymi złodziejami, żaden nigdy nie był karany, więc przygotowując plan skoku, opierali się na historiach obejrzanych w amerykańskich filmach gangsterskich. Między innymi wynajęli znajdujący się w pobliżu banku garaż, aby stamtąd, nie wzbudzając zainteresowania postronnych, obserwować budynek.

Wkrótce doszli do wniosku, że sami nie dadzą sobie rady i do udziału postanowili namówić znajomego Jana J., właściciela warsztatu samochodowego z niedalekich Obornik Śląskich. To właśnie w warsztacie J. przeprowadzili udaną próbę kruszenia stropu za pomocą podnośnika. Po długich namowach w napadzie zdecydował się wziąć udział także młodszy brat Mieczysława F. Alfred oraz szwagier rymarza Mikołaj K., który był najmłodszym członkiem gangu – miał dopiero 25 lat.

Wspólnicy potrzebowali jeszcze pomocy kogoś z banku, a ich wybór padł na skarbnika – 35-letniego wtedy Rudolfa D., którego Mieczysław F. zagadnął kiedyś tymi słowy: – Miałbym dla ciebie zajęcie. Masz ośmioro dzieci, pieniędzy ledwie ci starcza, a mógłbyś sporo zarobić. Skarbnik zastanawiał się jedynie przez chwilę i postawił jeden tylko warunek: nikt z grupy nie miał prawa wiedzieć, że jest w zmowie. Rudolf D. oddał do warsztatu swój telewizor i dzięki temu bez wzbudzania podejrzeń mógł często chodzić do zakładu Mieczysława F., rzekomo po to, aby się dowiedzieć, czy odbiornik jest już naprawiony. To właśnie Rudolf D. powiedział, w którym miejscu najlepiej skruszyć strop, aby dostać się do skarbca, jak wyłączyć alarm oraz kiedy do banku trafią pieniądze na wypłaty.

Mieczysław F. miał radziecki pistolet TT, który jego ojciec wykopał po wojnie w ogródku i zamiast oddać władzom, schował w domu. Drugi, małokalibrowy pistolet sportowy, przywiózł z zagranicy Jan J. Oba wprawdzie nie działały, ale przestępcy nie zamierzali ich używać – nie chcieli zrobić nikomu krzywdy, lecz jedynie zastraszyć strażnika. Bali się tylko o to, aby w trakcie napadu nie zasłabł, bo od skarbnika bankowego wiedzieli, że strażnik ma chore serce. Plan skoku, ucieczki i ukrycia łupu omawiali w szczegółach w warsztacie pełnym zepsutych telewizorów. Napad chcieli przeprowadzić późnym wieczorem w sobotę, kiedy czujność sąsiadów stępiona będzie alkoholem. Ale w sobotę 11 sierpnia 1962 r. w kasie były tylko nowe banknoty, tydzień później na podwórku w okolicy banku do późnego wieczora bawiły się dzieci. I dopiero następnej nocy, z niedzieli na poniedziałek, mogli przystąpić do realizacji wielokrotnie omawianego planu.

Problem w tym, że strażnik znał większość z nich i nawet w pończochach na twarzach najpewniej by ich rozpoznał. Dlatego to najmłodsi i nieznani strażnikowi Alfred F. i Mikołaj K. po godz. 22 (wtedy z banku wyszła sprzątaczka) zeszli do piwnicy i zaczaili się na strażnika. Wiedzieli, że nie będzie miał broni, bo jego pistolet był zamknięty w bankowej szafie. Gdy strażnik zobaczył ich pończochach na twarzach i z pistoletami w dłoniach, nawet nie próbował się bronić – od razu się poddał, został związany i położony na brzuchu. Potem napastnicy zgasili światło, dając tym samym znak szefowi gangu oraz rymarzowi Józefowi S., że mogą wejść. Sami stanęli potem na czatach.

Taksówkarz przywiózł narzędzia swoją warszawą. Następnie odjechał i czekał w domu na telefon od szefa. Wybicie w suficie dziury zajęło włamywaczom dwie godziny, a potem aż do godziny 3.25 Mieczysław F. rozwiercał drzwi kasy pancernej. W środku było 3,5 mln zł w używanych banknotach i 9 mln zł w nowych. Podłogę w skarbcu zalali przepracowanym olejem do silników samochodowych przywiezionym z warsztatu Jana J. Worki z pieniędzmi wrzucili do taksówki Wiktora K. Na trzecim kilometrze za miastem przejął je właściciel warsztatu Jan J., który miał przy sobie sprzęt wędkarski – w razie przypadkowej kontroli miał mówić, że idzie łowić karasie.

Przestępcy wyrzucili pistolety do stawu, podnośnik do przydrożnego rowu, a pieniądze ukryli w różnych miejscach, ale najwięcej u Jana J. Część podzielonego na równe części łupu została schowana w kineskopie jednego z telewizorów w zakładzie Mieczysława F. U rymarza spalili pończochy, ubrania, umyli się i przebrali. Ponieważ rymarz bał się, że nowe banknoty mogą wzbudzić podejrzenia, 600 tys. zł spalił, a popiół rozsypał na oborniku i wywiózł go na pole. Tylko niektórzy z włamywaczy wtajemniczyli w sprawę żony i jedna z nich również spaliła pieniądze w piecu.

Następnego dnia przyszła do pracy sprzątaczka: – Rano obudziła mnie koleżanka. Stanęła w drzwiach i powiedziała: „Ubieraj się, było włamanie do banku!” – wspomina Janina Karnas. W wołowskim banku pracowała przez całe życie, a w Wołowie mieszka do dziś. – W samochodzie przed domem czekało już dwóch milicjantów. W skarbcu zobaczyłam kupę gruzu, połamane drzwi kasy pancernej i porozrzucane worki po pieniądzach. Do wieczora trzymali nas w banku.

Na parterze była sala dla interesantów z sejfem i skarbiec z dwiema szafami pancernymi – w jednej przechowywane były worki z bilonem, w drugiej banknoty. Na pierwszym piętrze znajdował się dział kredytowy, a jeszcze wyżej – dwa mieszkania. W jednym z nich mieszkał dyrektor banku, ale w chwili napadu nie było go w Wołowie. W drugim spała pracowniczka banku, która zeznała, że niczego nie słyszała. Rabusie nie pozostawili w banku żadnych śladów, nikt niczego nie widział ani nie słyszał, a olej silnikowy spełnił zadanie – psy, z którymi przyjechali do banku milicjanci, nie podjęły tropu.

Śledztwo prowadziło kilkudziesięciu oficerów z Wrocławia oraz najlepsi milicyjni specjaliści ściągnięci z Warszawy. Pracowali pod wielką presją, bo wynikami śledztwa interesowali się nie tylko ich przełożeni, ale też władze państwowe. Milicjanci szybko zaczęli podejrzewać, że sprawcy napadu mieli swojego człowieka w banku, bo inaczej niby skąd mogli wiedzieć, że akurat tego dnia w skarbcu będzie się znajdować taka fortuna? Jak wyłączyli alarm? No i kto im powiedział, że część podłogi w skarbcu ostatnio wymieniano, bo wiosną zacięły się drzwi do skarbca i dyrektor kazał przebijać podłogę, a beton nie zdążył jeszcze odpowiednio stwardnieć?

Wszyscy pracownicy zostali poddani wielogodzinnym przesłuchaniom, byli też śledzeni i podsłuchiwani. – Jak pojechaliśmy z mężem na motorze na grzyby, to tajniacy chodzili za nami po lesie – opowiada Janina Karnas. Jednak choć ostro ponaglani przez przełożonych oficerowie kryminalni drobiazgowo badali każdy trop, śledztwo utknęło w martwym punkcie. Sprawdzili przedstawicieli miejscowego półświatka, a także przestępców z pobliskiego Wrocławia, ale do niczego to nie doprowadziło. Nadzieję dawały natomiast ślady opon przed bankiem, które wskazywały, że sprawcy odjechali warszawą. Milicjanci wiedzieli też, że auto najechało na kamień, na którym odkryli ślady podwozia – przez kilka tygodni w całej Polsce szukano więc warszawy z porysowanym podwoziem. Podczas kontroli drogowych funkcjonariusze używali luster na wysięgnikach (zamówionych w trybie nagłym przez komendę główną) – zaglądali pod zatrzymywane warszawy. Bezskutecznie.

Wydawało się, że przełomem w śledztwie może być odnalezienie lewarka, który posłużył do skruszenia betonowego stropu. Ponieważ leżał w rowie przy drodze prowadzącej do Łodzi, milicja zaczęła węszyć także w tym mieście. I ten trop nie zaprowadził donikąd. Tymczasem włamywacze dobrze orientowali się w stanie śledztwa. Milicjanci mieli w Wołowie mało radiowozów, więc korzystali też z usług znajomego taksówkarza Wiktora K., uczestnika napadu i rozmawiali przy nim o postępach w śledztwie – zdarzyło się nawet, że jechali taksówką K. z psem tropiącym, a gdy ten zaszczekał na kierowcę, milicjant dał mu po łbie i krzyknął: „Co ty, na swojego szczekasz!”.

Niebawem Milicji udało się natomiast ustalić serie i numery nowych banknotów zrabowanych w banku. Numery tych o największym nominale, czyli pięćsetek, trafiły do komisariatów i sklepów w całym kraju. – Złodzieje zostawili te banderole, po prostu wrzucili je do śmietnika w banku! A na nich były serie i numery – wspomina Janina Karnas. – Pamiętam, jak ze śmietnika wyjął je skarbnik Rudolf D. i dał milicjantom. Na swoją zgubę.

Każdy z uczestników napadu wzbogacił się o prawie dwa miliony złotych. Myśl o posiadaniu takiej fortuny nie dawała spać, więc dość szybko przystąpili do wydawania pieniędzy. Początkowo przestępcy byli ostrożni i płacili tylko używanymi banknotami, ale kiedy milicja zaczęła rozpuszczać plotki o wymianie pieniędzy, postanowili szybko pozbyć się nowych. Na różne sposoby postarzali banknoty, np. depcząc je. Zamieniali na używane, robiąc drobne zakupy w całej Polsce. Wymieniali gotówkę na złoto i dewizy, a szef gangu Mieczysław F. poza Wołowem płacił pięćsetkami, nawet kupując paczkę papierosów.

Wielotygodniowa bezkarność sprawiła, że rabusie stali się nieostrożni. 2 października 1962 r., czyli sześć tygodni po napadzie, żona Mieczysława F. pojechała do rodziny do Kluczborka i w tamtejszym sklepie wpadła jej w oko narzuta. Kosztowała 210 zł, więc żeby ją kupić, wyjęła banknot o nominale 500 zł. Kiedy kasjerka mu się zaczęła przyglądać, kobieta wpadła w panikę i zaczęła domagać się zwrotu pięćsetki, krzycząc: – Odda pani te 500 zł, podrę je, wolę stracić. Nerwowo tłumaczyła, że przed chwilą dostała banknot od nieznajomego. Kasjerka, która nabrała podejrzeń, poszła do pobliskiego sklepu obuwniczego, gdzie był telefon, i zadzwoniła na milicję. Już podczas wstępnego przesłuchania żona Mieczysława F. się załamała. Kiedy milicja zatrzymała jej męża, ten twierdził, że fortunę znalazł w lesie pod Wołowem. Milicja szybko zatrzymała także znajomych F., którzy plątali się w zeznaniach.

Po dwóch dniach wyczerpujących przesłuchań Mieczysław F., a potem jego kompani przyznali się do winy, ale nie zdradzili, że współpracował z nimi skarbnik z banku. Milicja sama jednak wytypowała Rudolfa D. jako wspólnika i wkrótce także on załamał się w śledztwie. Ze zrabowanych 12 mln 531 tys. zł milicja odzyskała 11 mln 572 tys. 479 zł. Część została spalona przez Józefa S., część przez Jana J. i jego żonę, która spanikowała, widząc kręcących się w pobliżu milicjantów. Włamywacze zdążyli wydać ok. 150 tys. zł. Zrabowana suma, którą trudno sobie w ogóle sobie wyobrazić wtedy i dzisiaj. Można było za nią kupić np. sto nowych domów jednorodzinnych, zaś średnia miesięczna pensja w 1962 roku wynosiła 1680 złotych. Po Rudolfie D. do wrocławskiego aresztu trafili znajomi i krewni sprawców napadu, którzy pomagali im rozmieniać zrabowane pieniądze i przechowywać je.

Milicja, opinia publiczna, całe społeczeństwo było przekonane, że włamania dokonała doskonale zorganizowana grupa przestępcza. Kiedy ujawniono sprawców napadu powszechnie nie dawała wiary, że byli nimi zwykli, prości ludzie, a nie żadni – jak powszechnie przypuszczano – wyrachowani bandyci

wyrok wołów

Proces oskarżonych o napad na bank w Wołowie rozpoczął się przed Sądem Wojewódzkim we Wrocławiu 4 grudnia 1962 roku. Wszystkim groziła kara śmierci, ale ostatecznie – ze względu na to, że prawie cały łup odzyskano – prokurator zażądał dożywocia dla pięciu uczestników skoku i 15 lat więzienia dla dwóch najmłodszych, którzy stali na czatach. Po krótkiej naradzie sąd ogłosił wyrok. Na dożywocie skazani zostali: pomysłodawca Mieczysław F., a także rymarz Józef S., taksówkarz Wiktor K., właściciel warsztatu Jan J. oraz skarbnik bankowy Rudolf D. Brat szefa bandy Alfred F. dostał 15 lat więzienia, a najmłodszy Mikołaj K. – 13 lat. Pozostali, w tym żony głównych sprawców oraz paserzy, sądzeni byli w osobnym procesie – otrzymali kary do ośmiu lat więzienia.

Autorzy „napadu stulecia” wyszli na wolność w 1979 roku i już nigdy więcej nie weszli w konflikt z prawem. Nie mogli się odnaleźć w nowej rzeczywistości, mieli kłopoty z zatrudnieniem, podupadli na zdrowiu. Napad zrujnował ich życie. Dziś nikt ze sprawców już nie żyje. Akta sądowe procesu z 1962 roku niemal w całości uległy zniszczeniu. Archiwum, w którym spoczywały zgodnie z przepisami, zostało zalane podczas „powodzi stulecia”, która nawiedziła Wrocław w 1997 roku.

Kiedy jeszcze wszyscy przebywali w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich, na ekrany kin wszedł film „Hazardziści” w reżyserii Mieczysława Waśkowskiego, oparty na motywach historii skoku na bank w Wołowie. A w niezwykle popularnej w czasach PRL serii komiksowej o przygodach kapitana milicji Żbika powstał zeszyt, w którym tytułowy bohater rozwiązuje zagadkę napadu podobnego do skoku w Wołowie.


Literatura:

Paweł Szlachetko: Najwięksi polscy zbrodniarze. Warszawa: Muza, 2007.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: